dla Zosi, na potem...

22 stycznia 2010

Idź do pracy tato!

Niedawno jak już wychodziliśmy z domu, usiadłaś na schodach w piwnicy i zaczęłaś małą plastikową szufelką maziać po ścianie.
- Ej Zosiula, nie rysuj po tej ścianie, bo trzeba będzie ją malować - powiedziałęm.
- A żeby to zrobić trzeba będzie kupić farbę, a skąd ja na to mam wziąć pieniądze? - zapytałem.

- Idź do pracy - powiedziałaś nie przerywając rysowania..

...no chyba nie pozostaje mi nic innego.

16 stycznia 2010

Zjeżdżalnia

Na tyłach podwórka za stodołą usypaliśmy jesienią wielką hałdę ziemi, która została wybrana z naszego podwórka, żeby zrobić podłoże pod puzzle.
A ostatnio napadało strasznie dużo śniegu. Ale naprawdę tyle, że chyba jeszcze tyle śniegu nie widziałem.
Więc niewiele myśląc postanowiłem zrobić wam zjeżdżalnie, po której będzie można zjeżdżać na worku.
Razem z wujkiem Grzesiem nawieźliśmy kilkanaście taczek śniegu, którego było pod dostatkiem i usypaliśmy z niego rynnę, w której będzie się ślizgał worek.

Zjeżdżalnie robiliśmy i poprawialiśmy kilka dni, ale za to teraz na worku można dojechać prawie do chodnika.
A wczoraj jak przyjechała Karolina okazało się, że można po naszej zjeżdżalni zasuwać na sankach (takich plastikowych), a na dodatek jedzie się strasznie daleko.





10 stycznia 2010

Igloo

Jeszcze niedawno narzekaliśmy troszkę na zimę, że nie ma śniegu. I sam nie wiem ale pewnie Pani Zima to wszystko usłyszała i postanowiła nam troszkę tego śniegu dosypać. I chyba jej się troszkę za dużo sypnęło, bo całą sobotę odśnieżaliśmy podwórko razem z dziadkiem i stryjem. Zresztą odśnieżaliśmy je trzy razy, bo cały czas padał śnieg.
Już podczas odśnieżania wpadłem na pomysł, że można by z tego śniegu zrobić igloo.
Usypaliśmy ze śniegu wielką górę i zostawiliśmy ją na noc.
W niedzielę też padał śnieg, więc też odśnieżając, rzucałem śnieg na nie-małą już górę.
Po powrocie z kościoła mama poszła szykować obiad, a my zostaliśmy na dworze i zabraliśmy się za budową igloo.
Udało się w środku tej góry wykopać niewielkie pomieszczenie do którego mogłaś wejść.
Potem przyszedł dziadek i podpowiedział, żeby ściągnąć troszkę śniegu z dachu i wzmocnić strop drewnianą kratką, która leżała niepotrzebna w drewutni. Kratka okazała się bardzo dobrym pomysłem bo dzięki temu, że wzmocniliśmy dach mogliśmy wybrać ze środka więcej śniegu i powiększyć igloo w środku. Na dach oczywiście nasypaliśmy śniegu, żeby wszystko ładnie wyglądało.
Udało się wybrać tyle śniegu, że do środka śmiało mogły wejść dwie osoby, a dzieci to i trójka by się zmieściła.
Potem zrobiliśmy jeszcze okno i igloo było gotowe.
Pobawiliśmy się chwilę i poszliśmy na obiad.
Po obiedzie troszkę jeszcze odpoczęliśmy i wyszliśmy na dwór. Troszkę się już ściemniało, ale w niczym nam to nie przeszkadzało.
W igloo bawił się już Mateusz, zresztą zaraz też do niego dołączyłaś. A ja zabrałem się za odśnieżanie podwórka, sam nie wiem który już raz.
Po chwili powiedzieliście, że w igloo jest już strasznie ciemno.
Wiele nie myśląc ściągnąłem jeden sznur światełek i zamontowałem wam w igloo, no i wtedy to dopiero zaczęła się zabawa.

Troszkę się napracowaliśmy przy budowie, ale było warto, bo wasze wesołe buźki to najlepsza dla nas nagroda.



Bal karnawałowy

Niedawno w naszej świetlicy odbył się bal karnawałowy. To był bal na którym dzieci, miały być przebrane za królewny, królewiczów i rycerzy.
Ty oczywiście byłaś przebrana za królewnę i na prawdę wyglądałaś cudownie. Miałaś na sobie śliczną sukienkę, którą dzień wcześniej kupiliśmy w sklepie. Na głowie miałaś piękną koronę, która jak wiadomo dla królewny jest obowiązkowa.
Na balu wszystkie dzieci były przebrane i wszyscy wyglądali bardzo ładnie.
Dziadek z babcię i ciocią Kasią też byli na balu i opowiadali, że było ekstra.
Tańczyłaś i bawiłaś się z dziećmi.






3 stycznia 2010

Magnefony

Niedawno mama czytała Ci bajkę o pingwinku, któremu zawsze było zimno. Dlatego też ten pingwinek postanowił wyprowadzić się z mroźnej Antarktydy i zamieszkać w ciepłych krajach. A że było mu wiecznie zimno to postanowił przyczepić sobie do nóg termofory, po Twojemu "magnefony". No i w końcu o po wielu przygodach udało mu się dotrzeć do ciepłych krajów i zamieszkał tam na stałe.

A wczoraj podczas kąpieli wymyśliłaś sobie, że gąbki będą Twoimi magnefonami. więc jak tylko się wykąpaliśmy zabrałaś gąbki z wanny i stanęłaś na nich. Niestety nijak nie trzymały się ona na Twoich nogach.
Nawet wyciągnąłeś nitkę z ręcznika żeby przymocować magnefony, ale nitka była za krótka i nie dało się za jej pomocą przymocować gąbek.
Na szczęście mama pożyczyła Ci swoje gumki do włosów.
Gumki spełniły swoje zadanie doskonale i ufało się przymocować magnefony do Twoich małych stópek.

27 grudnia 2009

Mikołaj Kopernik i Słońce

Niedawno przyniosłaś swoją mapę Polski, taką dla dzieci. Oglądaliśmy tą mapę i opowiadałem Ci o różnych ciekawych miejscach i postaciach na mapie. Był tam Smok Wawelski, Syrenka Warszawska, Neptun z Gdańska i wiele innych.
A w okolicach Torunia stał Mikołaj Kopernik.
Powiedziałem Ci, że to ktoś bardzo ważny i że zrobił coś prawie niemożliwego.
Zatrzymał słońce a ruszył Ziemię.
Potem wytłumaczyłem, że tak naprawdę to on wytłumaczył wszystkim, że to Słońce stoi w miejscu a Ziemia się rusza, bo wcześniej wszyscy myśleli, że jest odwrotnie.

I któregoś razu jak wracaliśmy od dziadka Ryśka zapytałaś nas czy Mikołaj Kopernik jeszcze żyje. Odpowiedzieliśmy z mamą, że umarł dawno temu.
Na co Ty odpowiedziałaś prawie bez namysłu, że to dobrze, bo już nie będzie nam przeszkadzał przy tym Słońcu.

Tak...
Raz w zupełności wystarczy.

7 grudnia 2009

Świąteczne pierniczki

W niedziele zabraliśmy się za robienie pierniczków na choinkę. Razem z mamą planowaliśmy to już wcześniej i dlatego mieliśmy przygotowane wszystkie składniki.
I zaraz po obiedzie zabraliśmy się wszyscy do roboty. Najpierw mama wymieszała wszystkie składniki. Potem zabrała się za zagniatanie piernikowego ciasta, nawet ja też troszkę pomagałem zagniatać ciasto, bo okazało się, że to wcale nie jest taka łatwa robota.
No i w końcu przyszedł czas na wałkowanie. Na szczęście udało mi się znaleźć Twój wałek i dzięki temu też mogłaś rozwałkowywać ciasto.
Jak tylko je rozwałkowaliśmy, każdy po troszkę, to przyszedł czas na najlepsze, znaczy na odciskanie foremkami pierniczków.
Mama nasmarowała blachy masłem, żeby nam się pierniczki nie przylepiały.
I zaczęła się zabawa z foremkami. Na szczęście mieliśmy ich dużo, bo wykorzystaliśmy te, które miałaś w swoich zabawkach. Były tak kotki, pieski, kaczuszki, krówka, drzewko, gwiazdki, i takie tam...
Nawet dziadek przyszedł zobaczyć co się wyrabia w kuchni i co ta mała kuchareczka tam szykuje.

Nawet się nie spodziewaliśmy, ale wyszły nam cztery blachy pierniczków, Które po upieczeniu przepięknie pachniały.

Ja już teraz jestem pewien, że jeszcze nie raz zabierzemy się za pieczenie pierniczków, bo można się przy tym świetnie bawić.




27 listopada 2009

Hipopotam

Dzień jak co dzień.
Po przedszkolu, poszłaś do chłopaków. Znaczy się normalka.
Tym razem jak mama wróciła z pracy, to chciałaś z chłopakami iść do nas, ale w związku z tym, że Bartuś jest chory i nie może wychodzić z domu zostaliście u chłopaków, żeby Bartusiowi nie było smutno.
Mama poszła do domu, żeby zjeść obiad i zaraz miała do was przyjść żebyście mogli się razem pobawić.
Mama jak tylko zjadła obiad to zaraz do was przyszła.
Trochę się bawiliście i przyszedł czas na rysowanie.
Każdy dostał swoją kartkę i zaczęliście rysować.
Mateusz oczywiście Star Wers. Bartuś poprosił żeby mama narysowała mu rower, a on dorysował jakiegoś stwora, który nie był podobny absolutnie do niczego.
A Ty postanowiłaś narysować wujka Grzesia. I trzeba przyznać, że wyszedł ci bezbłędny. Toczka w toczkę wujaszek. Okrągły brzuszek na nim sweterek na guziki, szczecina na głowie, a po sugestiach wujka nawet brodę dorysowałaś.
Po wujku przyszedł czas na ciocię Kasię. Zaczęło się tradycyjnie od głowy, potem przeszedł czas na brzuszek ale jakoś tak wyszedł ci pod skosem wiec wyglądało to tak jakby ciocia leżała ale jak dorysowałaś oczy to okazało się ze jakoś tak za blisko siebie ci wyszły. Wiec przyjrzałaś się obrazkowi i stwierdziłaś – Oj wyszedł mi hipopotam. :D

Mama razem z chłopakami, ciocią i wujkiem popłakali się ze śmiechu. Ty też zaczęłaś się śmiać, ale chyba nie do końca wiedziałaś z czego.

24 listopada 2009

Angielski do poduszki

Wieczorem poszłaś położyć się spać z mamą i standardowo wzięłyście sobie jakąś bajkę do czytania.
Mama zaczęła ją Tobie czytać, ale po chwili jej przerwałaś.
- Kabek – powiedziałaś.
- Co powiedziałaś? – Spytała mama.
- Kabek – powtórzyłaś.
- A co to znaczy?
- Tak się mówi po angielsku – odparłaś.
- Ale co się mówi? – Spytała mama.
- Akłont kabek – dodałaś.
Po chwili mama wpadła na to, że chodziło Ci o „i want come back”. I wytłumaczyła Ci, że to znaczy, „ja chcę wrócić”.
Potem nie dawałaś mamie spokoju i mama musiała ten zwrot rozłożyć na czynniki pierwsze i tłumaczyła Ci poszczególne słowa.
Na końcu przyszedł czas na „back” (fonetycznie bek).
- Słowo „back” oznacza „wrócić” – powiedziała mama.
- Nie, bek, to jest taki bek – powiedziałaś.
- Jaki bek?
- No jak ktoś beknie to jest bek – szybko dodałaś.

Potem powiedziałaś, że „rodzina” to po angielsku „femeli”
- Mówi się femili – poprawiła Cię mama.
- Nie, femeli – powiedziałaś
- Naprawdę mówi się femili – powtórzyła mama.
- Nie, femeli – powiedziałaś już ze łzami w oczach. – Pani nam tak powiedziała w przedszkolu.
- Tak masz rację, femeli – powiedziała mama, tylko dlatego, żeby nie doprowadzić Cię do płaczu.
Wtedy pogłaskałaś mamę po twarzy i tak pogodnie popatrzyłaś na nią.
- Ładnie powiedziałaś – dodałaś z zadowoleniem w głosie.

Następnie powiedziałaś mamie, że jest jeszcze siostra i mówi się „sister”, brat – „brader”, tatuś – „tadi”, mama – „mami” lub „mam” i dziadek – „grendpa”.
Potem mama zapytała jak jest babcia, na co odpowiedziałaś szybko, że babci to jeszcze nie było…

I tego wszystkiego nauczyłaś się w jeden dzień, na angielskim w przedszkolu. Ja i mama jesteśmy z Ciebie dumni i to bardzo.

22 listopada 2009

Tramwajowa tajemnica

Dzisiaj rano odwiozłem Ciebie do przedszkola, a Mateusza do szkoły.
Bartek został w domu z ciocią Kasią, bo chyba się przeziębił.
Jak wysiadaliśmy z samochodu to przypomniałem Ci, że wczoraj jechałaś tramwajem i że możesz o tym opowiedzieć swoim koleżankom i kolegom.
- Lepiej im nie powiem, bo też będą chcieli jechać tramwajem – powiedziałaś.
- No to może wtedy niech poproszą swoich rodziców, żeby zabrali ich na tramwajową przejażdżkę. – Dodałem.
- Nie tato, lepiej niech to będzie nasza tajemnica. – dodałaś szeptem.

No właśnie lepiej tego nie rozpowiadać, bo brakuje tylko, żeby wszyscy chcieli jeździć tramwajem.

Zosia i tramwaj.


Dzisiaj miała miejsce historyczna chwila. Po raz pierwszy jechałaś tramwajem.
A było to tak.
Po obiedzie wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do Wrocławia.
Wysadziłem was na stacji benzynowej i poczekałem aż przyjedzie tramwaj.
Jak tylko wsiadłyście to ruszyłem i pojechałem trzy przestanki dalej i tam na was czekałem.
A w tym czasie Ty i mama wsiadłyście do tramwaju. Najpierw otworzyłaś drzwi naciskając guziczek, a potem skasowałaś bilety i usiadłyście na miejscach.
Mama opowiadała, że bardzo Ci się podobało i że zaczepiła was jakaś miłą pani, która stwierdziła, że jesteś bardzo ładną i mądrą dziewczynką, bo dużo mówisz i zadajesz pytania.

Ja czekałem na was na przestanku i żałowałem, że nie zabrałem aparatu, bo warto by było zrobić jakieś zdjęcie. Potem próbowałem zrobić jakieś zdjęcie telefonem, ale marnie mi to wyszło.

A potem, zaraz jak tylko wysiadłyście z tramwaju to wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy na zakupy.

7 listopada 2009

Ale plama

Wczoraj wieczorem byliśmy u babci Helenki, jak zwykle zresztą.
Tak się akurat szczęśliwie złożyło, że babcia miała galaretę, a ja po całym dniu ciężkiego układania puzzli byłem strasznie głodny.
Więc jak tylko przyjechaliśmy, to poszedłem do kuchni i nałożyłem sobie troszkę.
Zapytałem Ciebie czy też chcesz, ale powiedziałaś, że nie.
W garnku na kuchni stała fasolka po bretońsku której chciałaś koniecznie spróbować. Nałożyłem Ci trochę na talerzyk i poszliśmy jeść do pokoju.
Ja wcinałem galaretę na narożniku, a Ty jadłaś fasolkę z chlebem przy stole.
Jedząc zerkałem co jakiś czas na Ciebie i udało mi się zauważyć jak mały kawałek chleba umoczony w sosie upadł na stół przed Tobą.
Prawie niezauważalnie zerknęłaś na mnie, żeby sprawdzić czy to widziałem. Ja oczywiście udawałem, że nic nie widzę.
Wtedy podniosłaś chlebek ze stołu i zjadłaś go, a talerzyk przysunęłaś do siebie zasłaniając plamę.
A żeby tego było mało to jeszcze wytarłaś rączkę o spód stołu.

No nie ma co, kulturka na wysoki połysk.

23 października 2009

No i co.

Dawno nic nie pisałem, bo jakoś nie było o czym, ale dzisiaj rano mnie rozbroiłaś, tak więc coś napiszę.

Od jakiegoś czasu wujek Grzesiu ma urlop i zabiera Cię razem z chłopakami do przedszkola z samego rana. I dzisiaj też miałem Cię odprowadzić do chłopaków.
Ubraliśmy się i zeszliśmy do piwnicy żeby ubrać kurtkę i buty.
Ja też się ubrałem i już mieliśmy wychodzić, kiedy to powiedziałaś, że chcesz żebym Cię wziął na rączki i zaniósł do chłopaków.
- Daj spokój – powiedziałem – taka duża dziewczyna, to może sama zasuwać na nogach.
- Ale na podwórku są kamienie – powiedziałeś szybko - i mogę podrzeć buty i wtedy trzeba będzie kupić nowe. No i co.

No i nic pomyślałem sobie i wziąłem Cię na ręce, zawsze to będzie taniej.

9 października 2009

Wcale nie mały uparciuch

Dzisiaj z samego rana musiałem Cię obudzić, żeby podać Ci lekarstwa, które przepisała nam pani doktor „od lizaków”.
Zaniosłem Cię do pokoju i włączyłem Ci bajki. Sam poszedłem do kuchni po syropy i kawałek chleba do zagryzania.
Jak wróciłem to poprosiłem Cię, żebyś usiadła, bo trzeba wziąć lekarstwa.
Położyłaś się na brzuchu i zadarłaś głowę do góry i powiedziałaś, że tak będziesz piła syrop.
Po wypiciu syropu przyszedł czas na Otrivin, którym trzeba prysnąć do nosa. Po krótkich przepychankach i negocjacjach udało się.
Na koniec po kilku minutach przerwy musieliśmy jeszcze zakropić nos kropelkami, a żeby to zrobić powinnaś leżeć na plecach. No i znowu musieliśmy się przekomarzać i walczyć.
W końcu się udało.
- Ale z Ciebie to mały uparciuch – powiedziałem.
- Nie taki mały – odpowiedziałaś zadzierając nos do góry.

8 października 2009

Smarkanie prawie w chusteczkę

Wczoraj jak przyszedłem z pracy to mama powiedziała mi, że nauczyłaś się smarkać w chusteczkę. Wcześniej był z tym problem i trzeba było pomagać sobie gruszką, której za bardzo nie lubisz.
Z racji tego, że akurat jesteś chora i masz katar nie musiałem długo czekać na dogodną sytuacje do testów.
Wziąłem chusteczkę i powiedziałem, żebyś pokazała mi jak smarkasz w chusteczkę.
Zanim się zorientowałem i zdążyłem podejść z chusteczką, nabrałaś powietrza i smarknęłaś tak mocno, że dwie sznurówki wyskoczyły Ci pod nos.
Nie pozostało mi nic innego jak tylko je powycierać.

Ale najważniejsze, że smarkać już potrafisz.

25 września 2009

Zabawa w ludzi


Wczoraj jak wróciłaś z przedszkola to zacząłem Cię troszkę podpytywać co tam robicie w przedszkolu.
Czy masz już jakieś koleżanki i czy bawicie się razem.
I odpowiedziałaś, że masz już koleżanki i że bawicie się w różne zabawy. Wtedy zapytałem się w co się dzisiaj bawiliście, na co Ty szybko odpowiedziałaś, że bawiliście się w ludzi.
- W ludzi? - Zapytałem zdziwiony.
- Tak - odpowiedziałaś.
- A jak się w to bawicie?
- Bawimy się, że mamy 5 lat i że chodzimy do szkoły.
- Aha - odpowiedziałem.

17 września 2009

Rozmowa o posikaniu w nocy

Wczoraj jak jechaliśmy do przedszkola to oczywiście jechali z nami chłopcy, Mateusz i Bartek.
Nie wiem jak weszło na ten temat, ale okazało się, że Bartek chyba przeziębił sobie pęcherz bo zmoczył się w nocy.
Ciocia Kasia powiedziała, że nic się nie stało i że takie rzeczy się zdarzają, ja też to powtórzyłem. Powiedzieliśmy mu też żeby nie chwalił się tym w przedszkolu, bo inne dzieci mogą się z niego śmiać.
Wtedy Bartuś troszkę posmutniał. Na szczęście Ty i Mateusz szybko podnieśliście go na duchu.
- Ja też się kiedyś posikałam w nocy – powiedziałaś do Bartka.
- Ja też jak byłem mały, to się posikałem w łóżku – dodał szybko Mateusz.
- A ja to się nawet kiedyś porzygałam w nocy – dodałaś, przebijając chłopaków.

11 września 2009

- Umiem się huśtać!

Kilka dni temu, chyba w sobotę byliśmy na dworze. Ja pomagałem dziadkowi, przy fundamentach, a wy (Ty i chłopaki) ganialiście po podwórku.
Nie było specjalnie ciepło i nawet zanosiło się na deszcz, ale na szczęście nie padało
Malowałem sobie spokojnie fundamenty, aż tu na raz podchodzi do mnie mama i mówi, że umiesz już się sama huśtać.
Wyszedłem wykopu i podszedłem do huśtawki, na której się huśtałaś i faktycznie zobaczyłem, że potrafisz się sama rozhuśtać i że wyśmienicie dajesz sobie radę sama.
Powiedziałem, że bardzo się cieszę i że jesteś sprytną dziewczyną.
Popatrzyłem jeszcze chwilę, a potem wróciłem do fundamentu.

Maznąłem pędzlem może ze dwa razy i usłyszałem, że mnie wołasz.
- Tatusiu, tatusiu! – Wołałaś.
- Słucham Zosiu – odpowiedziałem podnosząc się z wykopu.
- Jesteś ze mnie dumny? – Zapytałaś nie przestając się huśtać.
- No pewnie, że jestem dumny – odpowiedziałem bez zastanowienia, bo faktycznie byłem dumny i to bardzo.

4 września 2009

Histeryczna Chwila

Dzisiaj od samego rana nie miałaś humoru, pewnie dlatego, że się nie wyspałaś.
Potem trzeba było się ubierać i uczesać, co też specjalnie nie poprawiło Twojego nastroju. Już wtedy cały czas powtarzałaś, że nie idziesz dzisiaj do przedszkola.
Ja oczywiście starałem się jakoś to wszystko łagodzić i próbowałem też dowiedzieć się dlaczego to nie chcesz dzisiaj iść do przedszkola.
Powodów było dużo:

- bo będę tęsknić za mamą
- bo będę tęsknić za Bartusiem
- bo będę tęsknić za tatą
- bo będę tęsknić za babcią
- bo nie.

Starałem się tłumaczyć, że przecież Bartusia zobaczysz w przedszkolu, że mama niedługo wróci z pracy i że babcia i dziadek będą na Ciebie czekali w domku. No i jakoś udało mi się załagodzić sytuację.

Potem jak już się ubraliśmy i pozwoliłem Ci zabrać jedną lalkę do przedszkola, temat nie pójścia do przedszkola odszedł na dalszy plan.
A my w tym czasie skupiliśmy się na myciu zębów w łazience i na czesaniu włosów.
Zaraz potem przybiegł Mateusz i wyszliśmy z domu.
Wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy do przedszkola.
Zaczęło się znowu jak wysiadaliśmy z auta, ale pomyślałem sobie, że przecież będziesz na sali z Bartkiem i na pewno jakoś to będzie. Zabrałaś ze sobą tetrową pieluszkę i poszliśmy.

No niestety cały mój plan nie wypalił już na starcie, kiedy to po wejściu do przedszkola pani powiedziała, że Bartek musi iść na górę, bo czterolatki mają swoją sale na piętrze.
No i wtedy zaczęłaś strasznie płakać i krzyczeć, że będziesz tęsknić za Bartkiem i że nie pójdziesz do przedszkola.
Muszę przyznać, że troszkę się przeraziłem i miałem już wizję powrotu z Tobą do domu, ale wtedy uświadomiłem sobie, że jeżeli tak szybko się poddam, to będą nici z Twojego chodzenia do przedszkola.
Ty oczywiście, nic sobie nie robiąc z mojego uświadomienia, płakałaś tak bardzo, że aż zbierało Ci się na wymioty.
Całe szczęście, że miałem przy sobie paczkę chusteczek higienicznych, bo nie wiem czym bym wycierał Twój zasmarkany nosek.
Całą sytuacje komplikowało to, że na sali pani Asia miała na rękach zapłakanego przedszkolaka, co też nie było na moją korzyść.
Ale nie poddawałem się i starałem się za wszelką cenę Cię uspokoić.
Mówiłem do Ciebie, głaskałem po głowie i przytulałem. Starałem się najspokojniej jak potrafię wytłumaczyć, że przecież w przedszkolu jest fajnie, że można bawić się z innymi dziećmi, że na pewno pani Zosia przygotuje pyszne śniadanie i że spotkasz się z Bartkiem jak tylko wyjdziecie na dwór.

Usiedliśmy na ławeczce, Ty zapłakana z mocnym postanowieniem nie pójścia do przedszkola, a ja starałem się za wszelką cenę Cię uspokoić, co chwilę wycierając Twój zapłakany nos.
W końcu zadzwoniłem też do mamy, bo pomyślałem sobie, że to dobry pomysł i że może rozmawiając z mamą choć troszkę się uspokoisz.

Nie wiem czy to rozmowa z mamą, czy może obietnice rychłego spotkania ze wszystkimi, za którymi tęskniłaś, sprawiło że dałaś się zaprowadzić na salę.
Co prawda chlipiąca i z pieluszkę w ręku, ale weszłaś na salę, potem dałaś mi buziaka na pożegnanie i pojechałem do pracy.

Popołudniu jak odebrała Cię ciocia Kasia okazało się, że długo nie płakałaś i że potem bawiłaś się jak by nigdy nic.

I tak to właśnie było.
Było ciężko, ale jakoś daliśmy sobie radę ;)

3 września 2009

Co jest Zośka?

Wczoraj przed snem przypomniałaś sobie, że w przedszkolu dają dzieciom przytulanki do snu.
Mama podała Ci białego miśka (tego od Damiana) i położyła się z Tobą na łóżku.
A potem ni z gruszki, ni z pietruszki powiedziałaś mamie, że panie w przedszkolu nic do Ciebie nie mówią.
- Jak to nic do Ciebie nie mówią? – Zapytała zdziwiona mama.
- No nic, tylko podchodzą i pytają: „Co jest Zośka?” – odpowiedziałaś.
- A ty mówisz coś do pani? – Zapytała mama.
- Mówiłam, że tęsknię za Bartusiem.
- I co pani na to powiedziała?
- Nic.
- A do innych dzieci panie coś mówią? – Zapytała zaniepokojona mama.
- Tak, mówią – odpowiedziałaś.
- Co na przykład mówią panie do innych dzieci? – Mama nie dawała za wygraną.
- Pitu, Pitu. – Odpowiedziałaś bez najmniejszego zastanowienia.

Jak już poszłaś spać, to strasznie się z tego śmialiśmy z mamą.